Filmy krótkie to czasem eksperymenty, czasem fragmenty większych produkcji, ale przede wszystkim to duża zagadka, a największą niewiadomą pozostaje poziom. Już na wstępie przygotowano widzów na obcowanie z trudnym, momentami niezrozumiałym materiałem, także i nie najlepszej jakości, ale można się przecież było dobrze bawić, o ile nie patrzyło się na krótkometrażowe kino zbyt krytycznie.
Najważniejszy z tych filmów to z pewnością „Serce świata”, które mnie z niemym kinem radzieckim kojarzy się najbardziej z wszystkich pozycji w dorobku Maddina. Na pewno wyróżnić można (trzeba!) także „Mój tata ma 100 lat”, w którym o Roberto Rossellinim opowiada jego córka, Isabella, a czyni to wcielając się w role Hitchcocka, Selznicka, Felliniego i Chaplina (przemawiającego z planszy!).
Co poza tym? Zabawny „Nude Caboose”, „Klapsy dla chłoptasiów” z chyba jedynym motywem slapstickowym u Maddina, dobre „Kroki” o twórcach dźwięków, którzy kilka dni wcześniej dali popis na żywo, ciekawy „Sombra dolorosa”, natomiast w „Collage” ciekawa była już tylko golizna. Z którymś z filmów miało się pojawić odniesienie do „Wielkiego snu”, ale gdzie? W „Zachwycającym”? Przykro mi, nie zauważyłem.
Część filmów można obejrzeć na YouTube, ale nie wiadomo jak długo (jak wspominał Maddin usuwane były też te, które sam dodawał).
Najwyższy czas podzielić się skromnym dodatkiem, który użyteczny wyda się przede wszystkim czytelnikom korzystającym z Firefoksa i lubiącym polskie kino (a przynajmniej poszukującym dokładnych informacji na jego temat).
Internetowa Baza Filmu Polskiego, dostępna pod adresem filmpolski.pl, gromadzi szczegółowe dane o polskich filmach oraz wszelkich postaciach z nimi powiązanych. Search plugin ma za zadanie ułatwić wyszukiwanie w IBFP z poziomu przeglądarki, w której prezentuje się następująco:
A tak wygląda na rozwiniętej liście wyszukiwarek:
Wystarczy kliknąć w poniższy link i zaakceptować decyzję. Zachęcam do korzystania :-)
Niedawno usłyszałem pytanie o znajomość mitów na temat mojego miasta i gdyby nie ten film, prawdopodobnie dałbym odpowiedź rozczarowującą. Ale „Moje Winnipeg” odcisnęło na mnie piętno (i nie było to „Piętno na umyśle”!) i nie tyle owe mity poznałem, co sam zacząłem je wymyślać.
O tym filmie nie napisałbym może jeszcze długo, gdyby nie fakt, że wkrótce odbędzie się jego specjalna projekcja (we wtorek, 27 kwietnia, w ŁDK-u, w ramach Klubu Filmowego Ferment), której w innych okolicznościach z pewnością bym nie ominął. Można zatem ostatni pełny metraż Maddina oglądać aktualnie w kameralnym łódzkim kinie (którego nie omieszkam przy tej okazji skarcić za repertuar prezentowany w formacie DOC! bardzo brzydko!), a do kin w kraju trafił już jesienią ubiegłego roku (co i tak było opóźnieniem) i z pewnością swój wkład w kinową premierę miało nad wyraz dobre przyjęcie reżysera we Wrocławiu.
Film ten to, poza oczywiście przyciągającymi zdjęciami, wspaniałe historie o Winnipeg. Wspaniałe, mimo że... zmyślone (osobliwy termin doku-fantazja ukuty na potrzeby tej produkcji od razu staje się bardziej zrozumiały). Z nikłym prawdopodobieństwem błędu mogę zgadywać, że zaliczą się do nich moje ulubione: o mieście z największą liczbą lunatyków oraz o największym węźle kolejowym świata. Ciekawa jest również opowieść o zburzonej hali i przekleństwie NHL. Sam Maddin też jest ciekawy - cóż za wyobraźnia, ileż pomysłów (w żadnym razie nie zapominając o udziale George'a Tolesa)!
Intrygujący jest także motyw ucieczki z tego miasta, ucieczki od spraw i ludzi z nim związanych, ucieczki od dotychczasowego życia, ucieczki, która nie jest możliwa, co dobitnie pokazują słowa "Po życiu pełnym nieudanych prób, tym razem odchodzę na zawsze. Znowu." Zresztą niech zwiastun przemówi za mnie. Śmiem twierdzić, że to jeden z najlepszych, jakie widziałem. Zwiastun, nie film, choć i ten drugi domaga się wyrazów uznania.
DAMA W CZERNI DAMEN I SVART IMDb | Filmweb 1958 07.02.2010
MANNEKÄNG I RÖTT MANNEKÄNG I RÖTT IMDb | Filmweb 1958 08.02.2010
Dzień po dniu udało mi się obejrzeć dwa filmy, a ponieważ był to czas dobrze spędzony, a łączna liczba oddanych głosów na Filmwebie wynosi zero, postanowiłem, że w ramach przerwy w zapiskach z zeszłorocznego festiwalu ENH oraz w oczekiwaniu na przyszłotygodniową premierę „Wyspy tajemnic”, pierwszej od dawna współczesnej hollywoodzkiej produkcji, którą chętnie obejrzę w kinie, zostawię o „Damen i svart” („Dama w czerni”) i „Mannekäng i rött” (czyli „Manekin w czerwieni”, tłumaczenie własne) jakiś polskojęzyczny ślad w Internecie.
Wydania DVD zwróciły moją uwagę już po spojrzeniu na okładki, a kiedy dostrzegłem na nich również nazwisko Hitchcocka, zdjęcia, które wyglądały niczym wyjęte z jego filmów oraz kilka kluczowych słów jak klassiker czy thriller, zainteresowałem się na poważnie.
Oba filmy powstały w 1958 i może nie była to ani skandynawska odpowiedź na thrillery mistrza suspensu, ani tym bardziej nic na kształt równoległego nurtu, lecz fakt, że po ich nakręceniu (oraz trzech kolejnych) reżyser, Arne Mattsson, znany głównie z głośnego, bo kontrowersyjnego jak na swoje czasy, „Ona tańczyła jedno lato” (który pokazał w Cannes i za którego w Berlinie jako pierwszy samodzielnie zgarnął Złotego Niedźwiedzia), zyskał miano szwedzkiego Hitchcocka, nie jest przypadkowy.
Wspomniałem, że filmów było więcej i zachęcony pierwszymi spróbuję dotrzeć i do pozostałych, mimo że zdają się być produkcjami niższych lotów. Całość znana jest jako Hillmanklassiker (od nazwiska bohatera, prywatnego detektywa, Hillmana) i uzupełniają ją „Ryttare i blått” (1959, „Niebieski jeździec”), „Vita frun” (1962, „Biała dama”) oraz „Den gula bilen” (1963, „Żółty samochód”). Seria jest więc jak najbardziej kolorowa, choć poza „Damą w czerni” polskie tytuły są jedynie moją propozycją. Jeśli doczekały się wcześniej jakichś tłumaczeń, być może należy ich szukać w książce „Film skandynawski” Aleksandra Kwiatkowskiego.
Seria oparta jest na prozie Folke Mellviga, który jest również autorem scenariusza, a poza tym kariery w literaturze raczej nie zrobił (czy w Polsce wydano jakieś jego książki poza „Strzałami w Kalmarze”?). W ogóle dziwna to historia z ekranizacją, bo wygląda na to, że kryminały do czytania ukazały się rok później od kryminałów do oglądania, a więc jest dość niecodziennie i... zagadkowo [sic!].
Wracając do filmów, oba są z gatunków mystery i thriller, z elementami humorystycznymi, które na ekran trafiają przede wszystkim za sprawą pomagającego Johnowi Hillmanowi Freddy'ego, a ponadto przy obu tytułach można umieścić etykietę woman in jeopardy. Choć nie są to slashery, mimo że trup się ściele, to ciekawe, że w „Mannekäng i rött” niektórzy widzą prekursoragiallo. Mało tego, jedno z ponoć istotnych dokonań włoskiego nurtu („Sei donne per l'assassino” Mario Bavy) jest jakoby kalką szwedzkiego thrillera i przyznaję, że już czytając zarys fabuły nie sposób się oprzeć takiemu wrażeniu!
A fabuła, zarówno w „Damen i svart”, jak i w „Mannekäng i rött”, skupia się na poszukiwaniu mordercy (przez parę dżentelmen i blondynka, zupełnie jak u Hitchcocka). Intryga może jest nieco wydumana, może wytknięcie słabych stron przychodzi bez trudu, ale idzie tu zwłaszcza o rozrywkę (taki był też cel Hitchcocka w jego filmach), a tę oceniam bardzo dobrze w przypadku części pierwszej i dobrze w przypadku drugiej, choć i ta ma swoje mocne momenty. W budowaniu napięcia pomaga atmosfera podejrzenia, niepewności, wręcz paranoi wobec nadchodzącego z nieznanego kierunku zagrożenia. Podoba mi się kontynuacja pewnych wątków w drugim z filmów, choć oba opowiadają odrębne historie i nie ma przeszkód, by oglądać je niezależnie.
O ile „Damen i svart” to film czarno-biały (żeby było mrocznie?), to - nakręcony przecież w tym samym roku - „Mannekäng i rött” prezentuje się już w bardzo wyrazistym kolorze (żeby było krwiście?). Czy to celowy zabieg? Zgaduję, że nieprzypadkowy. Warto wspomnieć także o temacie muzycznym, który błyskawicznie zaczyna prześladować, a ujawniając się po raz kolejny w kluczowych momentach, potęguje napięcie niczym nawracający ból atakujący newralgiczne punkty.
„Damen i svart” kończy się... prośbą detektywa, by nie zdradzać znajomym, kto był mordercą! Kapitalnie mi ten zabieg trafia do gustu, a przecież podobne praktyki stosował Hitchcock. Na deser pozostają zamieszczone na płytach dodatki.
Foto płyt zaczerpnąłem z cdon.se, a na koniec jeszcze fragment kadru z „Mannekäng i rött”, który znalazł się na okładce (nie uwierzycie, co właśnie zobaczyli, brr!) - prawie jak James Stewart i Kim Novak z tego samego 1958 roku, prawda? ;)
To przed tym seansem pierwszy raz widziałem najsłynniejszą polską parę kinomanów i bohaterów „Innej bajki” na własne oczy. A „Mock up on Mu” był już drugim po „FILM TO. dziewczyna i pistolet” (o czym wcześniej nie wspomniałem) przykładem found footage, jaki miałem okazję zobaczyć we Wrocławiu.
Trafiłem później na kilka nieprzychylnych opinii o filmie Craiga Baldwina, krytykujących zdawałoby się nie tylko końcowy efekt, ale i samą ideę tworzenia filmowego kolażu (asamblażu?), i wątpliwości tych nie mogę podzielić, bo seans zasłużenie uznałem za dobrą rozrywkę (jakże różną od czysto hollywoodzkiej, prawda?), a wszystkie filmy i motywy wykorzystane do kreacji parafabularnego sci-fi na miłośnika kina musiały oddziałać szczególnie.